Napad na „Bank pod Orłami”

Data: 22 grudnia 1964

Napady na banki są obecnie w Polsce zjawiskiem tak częstym, że trudno byłoby traktować je jako jakieś szczególne wydarzenia, godne choćby wzmianki w „kartce z kalendarza”. Największą ilość takich przestępstw odnotowano w roku 2000, kiedy to obrabowano lub próbowano obrabować 91 banków.

W następnych latach liczba ta nieco się zmniejszyła – np. w roku 2004 miały miejsce 63 udane i 7 nieudanych, tzn. nie zakończonych faktycznym zrabowaniem pieniędzy napadów na banki. Wzrosła za to ilość kradzionych przy takich okazjach pieniędzy: o ile w latach 1999 -2000 statystyczny rabuś bankowy ulatniał się z banku z kwotą nieco ponad 18 000 zł, to w roku 2004 kwota wynoszona z banku przez przeciętnego bandziora wynosiła już 30 000 zł.

W tej popularności napadów na banki nie ma nic dziwnego – przetrzymywana tam gotówka na całym świecie przyciąga ludzi, którzy chcą szybko, a zarazem w sposób ryzykowny i niezgodny z prawem zdobyć dużą ilość pieniędzy – takie przestępstwo jest najczęstszym tematem filmów kryminalnych.

W państwach Unii Europejskiej do napadu na bank dochodzi statystycznie co 90 minut. Jeszcze częstsze są napady na banki w Stanach Zjednoczonych – w roku 2006 w samym tylko Los Angeles, okrzykniętym mianem „amerykańskiej stolicy napadów na banki”dokonano 470 ataków na placówki bankowe.

Rzadkie, ale (czasem) słynne

Zupełnie inaczej, niż w dzisiejszej Polsce – a tym bardziej w Stanach Zjednoczonych – wyglądała rzeczywistość napadów na banki w okresie PRL. Tego rodzaju przestępstwa same w sobie były wówczas sensacją – zdarzały się bowiem bardzo rzadko.

Owa rzadkość napadów na banki sprawiła jednak, że niektóre z takich przestępstw obrosły prawdziwą legendą. Pewne napady na banki pamiętane są przez wielu ludzi do dziś - mimo, że w międzyczasie zostało popełnionych wiele nie mniejszych i co najmniej równie brutalnych zbrodni.

Dwa dni przed wigilią

Najsłynniejszy napad na bank w okresie Polski Ludowej miał miejsce 22 grudnia 1964 r. w samym centrum Warszawy. Tego dnia około godziny 18.35 pod III Oddział Narodowego Banku Polskiego przy ul. Jasnej w Warszawie (nazywany bankiem „Pod Orłami” z racji dwóch orłów autorstwa rzeźbiarza Zygmunta Otto, znajdujących się na frontonie budynku) podjechał samochód marki „Warszawa”, przywożąc wyjątkowo duży, przedświąteczny utarg z Centralnego Domu Towarowego (obecnie „Smyka”) przy odległych o kilkaset metrów Alejach Jerozolimskich.

Z samochodu wysiedli strażnicy Stanisław Piętka i Stanisław Skoczek oraz kasjerka Jadwiga Michałowska. Pierwszy z nich wyjął z bagażnika „Warszawy” worek, w którym – jak się później okazało - było 1 336 500 złotych.

Strzelił bez słowa

W owych czasach były to pieniądze olbrzymie. Do banku jednak one nie dotarły. Gdy strażnicy i kasjerka zmierzali w kierunku wejścia do budynku, ni stąd ni zowąd pojawił się koło nich niewysoki mężczyzna. Zanim ktokolwiek zdążył się zorientować, co się dzieje, wspomniany jegomość zderzył się ze Stanisławem Piętką, wyjął pistolet – i strzeliwszy mu w pierś - wyrwał z jego rąk worek z gotówką i uciekł w stronę ówczesnej ulicy Hibnera (obecnie Zgoda). Ranny ochroniarz zdołał jeszcze wejść do holu banku i tam przewrócił się na schody.

Dobity dwoma strzałami

W tym samym czasie zza rogu budynku wyszedł drugi z bandytów i bez ostrzeżenia strzelił do Stanisława Skoczka. Gdy strażnik upadł na ziemię, bandzior podszedł do niego i dobił go dwoma strzałami w głowę. Kasjerka zdążyła schować się za samochód i dzięki temu przeżyła.

I tyle ich widziano

Bandyci pobiegli ulicą Hibnera w stronę ulicy Moniuszki, gdzie czekał na nich wspólnik, który odebrał od nich worek i wsiadł do czekającego nań samochodu. Dwaj sprawcy napadu ruszyli w kierunku Marszałkowskiej, gdzie wsiedli do szaroniebieskiej „Warszawy”. Tam widziano ich po raz ostatni.

Esbecy?

Kim byli sprawcy najsłynniejszego napadu na bank w okresie PRL? Brutalność i pewność siebie, z jaką działali, a także bezradność milicji w poszukiwaniu choćby auta, którym odjechali z miejsca zbrodni, sprawiły, że wśród warszawiaków zaczynały krążyć na ten temat coraz to bardziej sensacyjne hipotezy. Według jednej z nich, sprawcami przestępstwa byli dawni akowcy. Według przeciwstawnej... funkcjonariusze komunistycznej Służby Bezpieczeństwa.

Rzeczywiście tak było?

Jest całkiem prawdopodobne, że ta ostatnia hipoteza była prawdziwa. Poszlaką potwierdzającą taką wersję jest list, który w 1997 r. przyszedł podobno do redakcji istniejącego jeszcze wówczas „Expressu Wieczornego”. Anonimowy autor, podający się za byłego milicjanta, napisał w nim ponoć, że sprawcy napadu na ‘Bank pod Orłami” byli znani milicji już po kilku miesiącach. Tyle tylko, że okazali się nimi…wysoko postawieni funkcjonariusze MO i SB. Zrabowane złotówki wymienili u zaprzyjaźnionych cinkciarzy, zaś szaroniebieską warszawę przetopili w piecu martenowskim huty „Warszawa”. Umożliwił to esbek nadzorujący straż przemysłową. Gdy jednak pomimo takiego zatarcia śladów, szydło wyszło z worka, ówczesne kierownictwo partyjno - państwowe, nie chcąc dopuścić do kompromitacji Milicji i Służby Bezpieczeństwa, postanowiło całej sprawie ukręcić łeb.

Formalna możliwość ścigania sprawców tego przestępstwa istniała jednak długo. Dopiero 22 grudnia 1989 r., kiedy to popełnione w czasie napadu na „Bank pod Orłami” morderstwo i próba morderstwa uległy przedawnieniu, opisana tu sprawa formalnie przestała dla organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości istnieć.

Bartłomiej Kozłowski, 2007