Uratowanie się Vesny Vulović z katastrofy lotniczej
Data: 26 stycznia 1972
Jaka jest maksymalna wysokość, z jakiej nie wyposażony w spadochron człowiek może zeskoczyć na ziemię bez poważnego ryzyka dla życia i zdrowia? Trzy metry? Pięć metrów? Osiem metrów? Przeżycie bez ciężkich obrażeń po upadku z – powiedzmy – siódmego czy ósmego piętra budynku uważane jest za prawdziwy cud.
Wydawałoby się zatem, że upadek z wysokości 10 km, na jakiej latają samoloty pasażerskie, musi skończyć się śmiercią. Jak jednak się okazuje – nie zawsze.
Na przełomie lat 1971 i 1972 światowe mass media donosiły o dwóch nieprawdopodobnych – zdawałoby się – przypadkach ocalenia ofiar katastrof lotniczych. Bardziej znany z nich – przynajmniej w Polsce – miał miejsce w Czechosłowacji.
Vesna Vulowic
26 stycznia 1972 r. w lecącym z Kopenhagi przez Zagrzeb do Belgradu samolocie DC9 Jugosłowiańskich Linii Lotniczych wybuchła podłożona przez działających za granicą Jugosławii chorwackich terrorystów („ustaszów”) bomba. W wyniku eksplozji kadłub samolotu przełamał się na dwie części. Przednia część ze skrzydłami i większością pasażerów runęła jak kamień na ziemię. Tylna, z zachowanym usterzeniem, spadła na ośnieżone zbocze góry koło wsi Srbska-Kamenice w obecnych Czechach.
Z takiego wypadku – na zdrowy rozum - nikt nie miał prawa ujść z życiem. I faktycznie, spośród 22 pasażerów i 6 członków załogi obecnych na pokładzie maszyny zginęły wszystkie… oprócz jednej. Z katastrofy uratowała się bowiem znajdująca się w tylnej części kadłuba 22 -letnia stewardessa Vesna Vulović.
Wskutek upadku z wysokości 10 160 m odniosła ona wprawdzie poważne obrażenia – pęknięcie czaszki, złamanie obu nóg, a także załamanie trzech kręgów, z których jeden został praktycznie zmiażdżony. Uszkodzenie kręgosłupa spowodowało u niej kilkumiesięczny paraliż od pasa w dół – ale przeżyła. Po odzyskaniu - dzięki dwóm operacjom - władzy w nogach Vesna Vulović wróciła do pracy w Jugosłowiańskich Liniach Lotniczych (skierowano ją jednak do pracy przy biurku).
W latach 70 Vesna Vulović uważana była w Jugosławii za bohaterkę narodową, a później stała się aktywną przeciwniczką reżimu Slobodana Miloąevića.
Julianne Koepcke
Drugi – może jeszcze bardziej niezwykły – przypadek uratowania się z niemożliwej, zdawałoby się, do przeżycia katastrofy lotniczej miał miejsce w Peru. 24 grudnia 1971 r. lecący z Limy do Pucallpy samolot Lockheed 188A Electra Narodowych Linii Lotniczych SA (Lineas Aereas Nacionales SA) Peru wskutek uderzenia pioruna rozpadł się na nad dżunglą w rejonie rzeki Ukajali. W katastrofie zginęło 91 pasażerów i członków załogi. Jednak 17-letnia Julianne Koepcke, która wraz z matką (wybitną ornitolożką) leciała do ojca na święta, mimo upadku z wysokości kilku kilometrów – przeżyła.
Julianne Koepcke opisała później swoje przeżycia w sposób następujący:
Wyjrzałam na zewnątrz, na chmury, przez które lecieliśmy, i zobaczyłam niebezpiecznie blisko błyskawicę. Znów samolotem strasznie zatrzęsło, znów usłyszałam krzyki, komuś spadł bagaż ręczny na podłogę.
„Teraz już po wszystkim” - powiedziała mama. Mama bała się samolotów od czasu, kiedy w Stanach Zjednoczonych dostała się raz w straszną burzę. Ale tym razem jej lęk nie miał nic wspólnego z kołysaniem: samolot płonął! Zobaczyłam żółty płomień z prawej strony, spojrzałam na mamę, ale w tym momencie nastąpił straszny wstrząs i potem stwierdziłam, że nie jestem już w samolocie. Byłam na zewnątrz. Siedziałam w moim fotelu w przestrzeni, leciałam w dół.
Wiem jeszcze, że ledwie mogłam oddychać, ponieważ pas bezpieczeństwa zaciskał mi brzuch. Wiem jeszcze, że w powietrzu ciągle mną obracało i że drzewa pode mną wyglądały jak kalafiory, nieskończenie wiele kalafiorów. Potem straciłam przytomność.
Julianne Koepcke spadła do samego środka tropikalnej, trudnej do przebycia dżungli nad rzeką Ukajali. Poza złamaniem obojczyka nie odniosła poważnych obrażeń. Doszedłszy po wyjściu z szoku do siebie, przez dziewięć dni, idąc w głębokiej po kolana wodzie i walcząc z niezliczoną ilością insektów, wędrowała wzdłuż strumienia przez dżunglę, aż w końcu odnalazła pomoc.
Jej wydostanie się z pełnej jadowitych węży, kajmanów, trujących roślin, niebezpiecznych owadów i głębokich bagien dżungli zostało uznane za niemal taki sam cud, jak przeżycie katastrofy lotniczej.
Bartłomiej Kozłowski